piątek, 21 lutego 2025

Oczywisty wynik

 


Obudził się i niemal od razu zauważył, że coś się zmieniło. Nie czuł swojego ciała tylko dziwną lekkość i wewnętrzną pustkę. Rozejrzał się po owalnym, skąpo oświetlonym pomieszczeniu. Jego wzrok zatrzymał się na zakapturzonej postaci stojącej w najciemniejszej części komnaty. Usłyszał ponury głos:
    – Witaj Eryku. Nazywam się Harun, jestem opiekunem nowych rezydentów.
    – Skąd znasz moje imię?
    – W tym miejscu nie jest ono żadną tajemnicą – odparł spokojnie Harun.
    – Gdzie jestem? – zapytał Eryk patrząc z niedowierzaniem na swoje ręce.
    Stojący w mroku mężczyzna pokręcił głową z wyraźną rezygnacją.
    – Tam gdzie każdy Wybraniec po miesiącu treningu i walce z Pradawnym Złem… Na cmentarzu.

Przeczytaj też: Zniszczone marzenie

czwartek, 13 lutego 2025

Zniszczone marzenie

 

Podniósł się z ociąganiem słysząc pukanie. Otworzył drzwi i momentalnie się rozpromienił. Zobaczył, bowiem przed sobą starca w długiej białej szacie i szpiczastym kapeluszu z kunsztownie wykonaną laską. Czarodziej!
    – Wiedziałem – powiedział Tim z ekscytacją. – Wiedziałem, że moje znamię nie jest zwyczajne. Od zawsze czułem, że muszę mieć jakąś moc. Pomożesz mi ją obudzić?
     Starzec nie zdążył odpowiedzieć.
   – Dokąd mnie zabierzesz? – dopytywał młodzieniec. – Do magicznej szkoły? Na wyprawę po potężny artefakt? W podróż celem ucieczki przed zabójcami i wyszkolenia mnie do walki z niepokonanym czarnoksiężnikiem? Godzę się na wszystko.
    – Przepraszam ­– rzekł zakłopotany mag. – Ja tylko szukam kowala. Mój koń zgubił podkowę.

Przeczytaj też: Ponure losy "Dzieci Hurina"


poniedziałek, 27 stycznia 2025

Ponure losy "Dzieci Hurina"

 


W literaturze fantasy nie brakuje postaci tragicznych. Takich, nad którymi od urodzenia wisi widmo nieuchronnej zguby. Przez całe życie starają się odmienić swój los, lecz ponoszą porażkę. Każda podjęta przez nie decyzja przybliża ponure przeznaczenie. Do tej grupy bez wątpienia należą bohaterowie „Dzieci Hurina”. Jakie wrażenie wywarły na mnie ich losy?

Dzieło dokończone po latach

J.R.R. Tolkiena nie muszę chyba przedstawiać. Jego nazwisko i literackie dokonania są dobrze znane, nawet poza środowiskiem miłośników fantastyki. Przechodząc więc do rzeczy, prace nad „Dziećmi Hurina”, twórca Śródziemia rozpoczął w 1918 roku. Przez lata rozbudowywał tę opowieść i wiele razy przepisywał. Nie udało mu się jej dokończyć. Pozostawił jednak szkice, notatki i luźne fragmenty owej historii z Dawnych Dni. Syn Mistrza Christopher wykorzystał te materiały i stworzył z nich spójną całość. Książka ukazała się na światowych rynkach w 2007 roku.

Akcja „Dzieci Hurina” rozgrywa się w Pierwszej Erze, tysiące lat przed wydarzeniami przedstawionymi w „Hobbicie” oraz „Władcy Pierścieni”. Są to czasy, w których Śródziemie rozrywa okrutna wojna. Elfy i ludzie zmagają się z Morgothem, Czarnym Władcą zwanym niegdyś Melkorem. Jest najgorszym z wrogów, należał bowiem do Valarów, potęg które ukształtowały świat, w którym przyszło żyć Dzieciom Iluvatara i krasnoludom. Po więcej informacji o Morgothcie odsyłam do „Silmarillionu”.

Tytuł książki precyzyjnie wskazuje, komu w opowieści przypadły najważniejsze role. Turinowi Turambarowi i Nienor. Są to dzieci Morweny i Hurina Thaliona, dumnego wojownika, który po klęsce w Bitwie Nieprzeliczonych Łez i wzięciu do niewoli nadal opiera się potędze Czarnego Władcy. Morgoth rzuca klątwę na rodzinę nieugiętego człowieka, a jego samego więzi na zboczu góry Thangorodrim. Od tej pory bliscy Hurina wiodą życie naznaczone cierpieniem.

Czy na pewno nieuchronna zguba?

Protagonistą „Dzieci Hurina” jest Turin, postać opierająca się jednoznacznej ocenie. W ciągu swego życia przechodzi drogę od bohatera do antybohatera i z powrotem. Jest twardym wojownikiem niestrudzenie zwalczającym siły Czarnego Władcy. Bywa impulsywny, dumny, uparty i okrutny. Potrafi zaskarbić sobie szacunek i przyjaźń, ale też brutalnie wyegzekwować posłuch. Ma ponure usposobienie ale umie kochać. Miejscami zyskiwał soją sympatię, ale częściej ją zdecydowanie tracił.

O czym opowiadają „Dzieci Hurina”? Odpowiedź na to pytanie, moim zdaniem, ma dwa oblicza. Można bowiem stwierdzić, że przedstawiają próby ucieczki przed losem narzuconym Turinowi i Nienor przez siłę, na którą nie mają wpływu. Zatem nie są w stanie, mimo wysiłków, zejść ze ścieżki prowadzącej do tragicznego końca. Ja jednak uważam, że jest to opowieść o złych, nieprzemyślanych decyzjach. Podejmowanych pod wpływem urażonej dumy i ślepego uporu a nie rozsądku. Natomiast ów zły los to tylko wymówka dla nierozważnych działań Turina i Nienor, mających tragiczne konsekwencje nie tylko dla nich, ale też ich bliskich.

Polskie wydanie II z 2008 roku zawiera wprowadzenie opisujące epokę, w której rozgrywa się akcja „Dzieci Hurina”. Dzięki temu osoby niezagłębiające się w mitologię Śródziemia, nie będą miały problemów z odnalezieniem się w opowieści. Książka zawiera także piękne ilustracje, słowniczek, mapkę i tablice genealogiczne. Moim zdaniem, zdecydowanie warto mieć ją na półce.

Przeczytaj też: Lekcja pokory

piątek, 10 stycznia 2025

Lekcja pokory

 

Szef NASA rozpoczął konferencję prasową bez zbędnych wstępów.
   – W przededniu startu pierwszej załogowej misji na Marsa, na orbicie okołoziemskiej pojawiła się armada obcych. Przybysze dezaktywowali wszystkie ziemskie pojazdy kosmiczne oraz broń, która mogłaby ich dosięgnąć. Specjaliści z całego świata nie potrafią zdjąć tej blokady.
    Przez gwar głosów przebiło się nurtujące wszystkich pytanie.
    – Czy obcy zamierzają rozpocząć inwazję?
    Zarządca NASA uniesioną ręką uciszył zebranych.
    – Nawiązali z nami kontakt i zapewnili, że nie mają zamiaru nas skrzywdzić.
    – Czy przekazali coś jeszcze? – padło z sali.
   – Tak. Cytuję „Macie szlaban. Nigdzie nie polecicie dopóki nie posprzątacie swojego domu i nie zaczniecie o niego dbać”.

Przeczytaj też: Wyprawa na biegun


środa, 11 grudnia 2024

Wyprawa na biegun

 


Do każdego z nich dotarły wieści, ale żaden nie mógł w nie uwierzyć. Dlatego na pośpiesznie zwołanym zebraniu postanowili to sprawdzić. I wyruszyli na biegun północny.
    Odnaleźli kompana, kiedy robił przegląd sań przed wylotem.
    – Witaj przyjacielu. Warto było tu dotrzeć by zobaczyć cię w tych pięknych, kolorowych rajtuzach – powiedział z rozbawieniem pierwszy z nich.
    – I gustownych butkach z zawiniętymi noskami – dodał drugi.
    – Do twarzy ci w zielonym kubraczku i czapeczce z pomponem – wtrącił kolejny.
    Do sań podszedł dobrze odżywiony, starszy mężczyzna.
    – Witajcie. Czy to ta słynna Drużyna Pierścienia? – zapytał.
    – Nie Mikołaju, teraz to zwykła loża szyderców – odpowiedział z przekąsem Legolas.

Przeczytaj też:
Rok 2074


piątek, 29 listopada 2024

Wędrówka z "Czarną Kompanią"

 


Uważam, że nie da się zostać znawcą danego nurtu literackiego, bez znajomości jego najważniejszych dzieł. Dlatego też regularnie sięgam po książki z kanonu fantasy opracowanego przez Andrzeja Sapkowskiego i opublikowanego w „Rękopisie znalezionym w Smoczej Jaskini”. Na 46 pozycji owego zestawienia znajduje się cykl „Czarna Kompania” Glena Cooka.

Długa przygoda

Pierwszy tom cykl, pt. „Czarna Kompania”, ukazał się w 1984 roku. Obecnie seria liczy 11 książek, jak dotąd ostatnia z nich znalazła się na pólkach księgarń w 2018 roku. Wszystkie wyszły spod pióra Glena Cooka, byłego amerykańskiego żołnierza oraz wieloletniego pracownika koncernu General Motors. I rzecz jasna pisarza o dużym dorobku w dziedzinie fantasy i science fiction.

Poszczególne książki z cyklu „Czarna Kompania” są dostępne na rodzimym rynku antykwarycznym. Można, więc bez większych problemów kupić pierwszą część, przeczytać i zdecydować czy warto sięgać po kolejne. Natomiast na szybkie skompletowanie całości jest prosta metoda. Dom Wydawniczy Rebis zebrał całą serię w 5 tomach o tytułach „Kroniki Czarnej Kompanii”, „Księgi Południa”, „Powrót Czarnej Kompanii”, „Zagłada Czarnej Kompanii” oraz „Port Cieni”.

Do tej pory przeczytałem 8 części cyklu „Czarna Kompania” zawartych w 3 tomach zbiorczych. Czy jest coś, czym się wyróżniają? Tak, ich ważną cechą jest to, że przedstawiają wydarzenia z perspektywy zwykłych żołnierzy. Takie podejście stanowiło w latach 80. XX wieku przełom w literaturze fantasy. Bowiem autor odszedł od opisywania wyłącznie przygód wielkich magów czy wojowników. Sam był żołnierzem, co widać w treści jego książek.

Mrok i odcienie szarości

Tytułowa „Czarna Kompania” to oddział elitarnych najemników, służący temu, kto dobrze zapłaci. I nie musi być to szlachetna osoba. Żołnierze funkcjonują w mrocznym, bezlitosnym świecie. Dlatego też sami grają nieczysto. Korzystają z podstępów i iluzji, zastawiają zasadzki, a kiedy trzeba ruszają do bitwy. Oddział poznajemy, kiedy zgadza się podjąć służbę dla Pani, czarodziejki kierującej potężnym i okrutnym imperium. Śledzimy jego poczynania, kiedy zwalcza rebelię zagrażającą zleceniodawczyni. Jesteśmy z Kompanią, kiedy zmienia stronę konfliktu a potem stara się nie dopuścić do powrotu Dominatora, bezlitosnego męża Pani.

W kolejnych tomach towarzyszymy Kompanii podczas jej próby powrotu do miasta z, którego wyruszyła przed wiekami. I staraniach poznania swoich mrocznych korzeni. Autor zarysowuje wszystkie te wydarzenia surowym stylem. Nie ma tu barwnych opisów przyrody, szczegółowego przedstawienia historii świata, widowiskowych scen pojedynków czy błyskotliwych dialogów. Jest za to okrutny świat rozdzierany wojnami i starciami czarnoksiężników. Są twardzi, zaprawieni w bojach ludzie, bardzo do siebie podobni. Jednak jest to uzasadnione fabularnie, w końcu ich naturalnym środowiskiem jest mrok i odcienie szarości.

Jeśli chodzi o wady, moim zdaniem autor czasem gubi się w narracji. Wydaje się jakby w pewnych momentach tracił wątek i dopiero po kilku stronach do niego wracał. To zaburza płynność akcji. Poza tym niektóre rozwiązania fabularne nie przypadły mi do gustu. Na przykład ciągłe ścieranie się ze sobą dwóch czarowników z Kompanii. To zapewne miał być humorystyczny akcent, ale w moim odczuciu nie wyszedł najlepiej. Podsumowując, „Czarna Kompania”, nie jest może najwybitniejszym cyklem fantasy, ale z pewnością solidnym. Części, które przeczytałem do tej pory trzymały poziom. I dlatego spędziłem z Konowałem, Murgenem, Pupilką oraz Panią sporo czasu, i to jeszcze nie koniec tej przygody.


Przeczytaj też: "Trylogia Ciągu" - klasyka cyberpunka

czwartek, 14 listopada 2024

"Trylogia Ciągu" - klasyka cyberpunka

 


W 2015 roku, w serii „Artefakty” Wydawnictwa MAG ukazała się „Trylogia Ciągu” autorstwa amerykańskiego pisarza Williama Gibsona. Zwróciłem uwagę na tę książkę z dwóch powodów. Po pierwsze, lubię czytać klasykę s-f. Po drugie, interesuje mnie literacki cyberpunk i chciałem poznać jego początki. Jakie wrażenie wywarła na mnie ta trylogia?

Od czego się zaczęło?

W latach 80. XX wieku, na literacką scenę s-f wkroczył cyberpunk. Podobnie jak inne konwencje w fantastyce, nie powstał z dnia na dzień. Pewne koncepcje oraz rozwiązania fabularne i światotwórcze pojawiały się we wcześniejszych dziełach. Pisanych przez takich autorów jak Harlan Ellison, Wiliam Burrougs, Philip K. Dick. Jednak za pierwszy, pełnoprawny tekst tego nurtu uważane jest opowiadanie Bruce’a Bethke pt. „Cyberpunk” z 1983 roku. To w nim, pierwszy raz pojawia się słowo „cyberpunk” i wiele charakterystycznych elementów świata przedstawionego.

Jednakże to „Neuromancer”, pierwszy tom „Trylogii Ciągu”, wydany w 1984 roku, ugruntował pozycję nowego nurtu przyciągając wielu fanów. A wraz z nim kolejne części, „Graf Zero” i „Mona Liza Turbo” wydane odpowiednio w 1986 i 1988 roku. Dziś jest to kanon cyberpunka, coś co każdy miłośnik powinien znać. Na naszym rynku całość dostępna jest między innymi w wydaniu zbiorczym przygotowanym przez Wydawnictwo MAG. Natomiast trzy opowiadania ze świata Ciągu można znaleźć w książce pt. „Wypalić chrom”, również wydanej przez MAG. O niej opowiem w innym wpisie.

Skok na głęboką wodę

Co do zaoferowania ma „Trylogia Ciągu”? Wszystko to, co jest najważniejsze w cyberpunku. Mamy tu:

  • chciwe korporacje rządzące światem,
  • ogromne, przeludnione i zaśmiecone miasta,
  • mafię, wszechobecną przestępczość, rozkład moralny,
  • wszczepy (także bojowe), sztuczną inteligencję,
  • cyberprzestrzeń, przemierzających ją kowbojów i inne konstrukty.

Zanim wskażecie, że to ograny zestaw elementów przypomnijcie sobie poprzedni akapit. To od Bethke i Gibsona się zaczęło. To na nich wzorowali się kolejni twórcy.

„Neuromancer” opowiada o Casie, uzależnionym od narkotyków kowboju konsoli (czytaj hakerze). Byli pracodawcy uszkodzili jego system nerwowy, bo nie oddał wszystkiego, co dla nich ukradł.  Przez to nie może wchodzić do matrycy (cyberprzestrzeni). W zamian za obietnicę leczenia, przyjmuje niewykonalne zlecenie. „Graf Zero” to historia początkującego kowboja testującego tajemnicze oprogramowanie, skompromitowanej handlarki sztuką oraz najemnika. „Mona Liza Turbo” przedstawia nam córkę bosa Yakuzy, drobnego przestępcę Ślizga Henrego, gwiazdę symulacji oraz uzależnioną prostytutkę.

„Trylogia Ciągu” to mroczne, pesymistyczne historie. Fabuła jest, oczywiście według mnie, wciągająca. W pierwszym tomie skupia się na Casie. W kolejnych kluczy i przeplata wątki, ale robi to zgrabnie. Nie sposób się pogubić. Opisywana rzeczywistość jest przygnębiająca, ale jednocześnie fascynująca. Pokazuje jak technologia połączona z bogactwem demoralizuje jej użytkowników. Z chęcią poznawałem ten świat. Was też do tego zachęcam, ale początkujący fani cyberpunka muszą wiedzieć o jednym. Nikt z bohaterów czy bohaterek nie objaśnia zasad rządzących tym światem, nie tłumaczy technożargonu. Mamy tu do czynienia ze skokiem na głęboką wodę.  


Przeczytaj też: Mag-detektyw Harry Dresden

środa, 30 października 2024

Rok 2074

 


W sali nawigacyjnej flagowego krążownika floty trwała narada. Generał nakreślał podwładnym taktykę, jaką zastosują podczas najbliższej operacji. Przerwał, gdy do pomieszczenia wkroczył Główny Analityk.
    – Generale, oceniłem informacje pozyskane od naszego więźnia – powiedział stając przed dowódcą.
    Zaniepokojony mową ciała swojego rozmówcy, generał zapytał:
    – Czy przewidujesz jakieś problemy? Mogą stawić nam realny opór?
   – Nie, pokonamy ich bez przeszkód – zawahał się na moment. – Ale atak nie przyniesie zysków, które pokryją poniesione koszty.
    – Co masz na myśli?
  – Tam nie ma już nic, co może nam się przydać. Zostali tylko oni, a tak prymitywne stworzenia nie są nam potrzebne. Podsumowując, Ziemi nie ma sensu podbijać.

Przeczytaj też: Standardowa reakcja


piątek, 25 października 2024

Standardowa reakcja

 


– Mam złe wieści – powiedział młody Mistrz ze smutkiem. – Nie udało nam się wygrać przetargu.
    Powiódł wzrokiem po siedzących wokół niego członkach Rady. W ich oczach dostrzegł niedowierzanie przechodzące w rezygnację.
     Przeciągającą się ciszę przerwał Wielki Mistrz.
     – Jak to się mogło stać? Byłem pewien, że jesteśmy faworytami.
   – Przeważyła nasza historia i opinie wśród mieszkańców większości planet. Komisja przeanalizowała zdobyte informacje i stwierdziła, że jesteśmy niekompetentną organizacją. Senat już nigdy nie pozwoli, by ktokolwiek z nas strzegł pokoju w galaktyce. Co teraz zrobimy?
   – To co zwykle. W obliczu porażki uciekniemy i zaszyjemy się na niezamieszkałych planetach na peryferiach – odpowiedział Wielki Mistrz Jedi.


Przeczytaj też: Definicja 
                        Przełamanie barier

piątek, 18 października 2024

Mag-detektyw Harry Dresden

 


Lubię, co jakiś czas, wracać do cyklu „Akta Harry’ego Dresdena”. Jego pierwsza odsłona debiutowała na amerykańskim rynku w 2000 roku. W Polsce, od 2011 roku, ukazuje się za sprawą Wydawnictwa MAG. Co warto wiedzieć o tej magicznej serii?

Na kłopoty… Dresden

Przede wszystkim, w świecie wykreowanym przez Jima Butchera można zetknąć się z wilkołakami, wampirami, elfami, demonami i oczywiście magami. Cała ta menażeria żyje w Chicago, zazwyczaj niezauważana przez zwykłych śmiertelników. Czyli urban fantasy jak się patrzy. Podana w sposób, może nie innowacyjny, ale na pewno interesujący. A to już jest spora zaleta.

Harry Dresden to jedyny w mieście, wykwalifikowany mag-detektyw i jednocześnie narrator swoich przygód. Do tej pory przeczytałem siedem części serii. W zasadzie w każdej fabuła ma podobny przebieg. Harry przyjmuje zlecenie, zaczyna badać sprawę, niemal od razu wpada w poważne tarapaty i stara się z nich wygrzebać aż do ostatniego rozdziału. I bynajmniej nie jest to wada cyklu.

Mankamentem jest według mnie to, że na przestrzeni tych siedmiu części, Harry niespecjalnie się zmienił. Dalej popełnia te same błędy, dalej mamy opisy tego samego strachu podczas walki. A wydaje mi się, że po wielu sytuacjach, w których groziła mu śmierć powinien reagować spokojniej. Wyrobić sobie jakąś odporność psychiczną. Tak samo jak powinien uczyć się na błędach. To jednak tylko drobna wada. Może coś w tej materii zmieniło się w kolejnych tomach? Na pewno sprawdzę!

Technikalia

Opowieści o Dresdenie chce się czytać! Są napisane językiem przyjemnym w odbiorze, przez co czytelnik płynnie przechodzi przez wydarzenia. Akcji jest dużo, tempo szybkie, ale nie za szybkie. Chwile oddechu nie są za długie, zatem historia się nie dłuży. Trzeba też zwrócić uwagę na sporo niewymuszonego humoru. Wszystko to składa się na książki dostarczające solidną porcję rozrywki na wysokim poziomie. I to jest ich główne zadanie.

Wszystkie wspomniane elementy znajdują się w „Krwawych rytuałach”, czyli szóstym tomie cyklu. Już punkt wyjścia jest zwariowany, co tu dużo pisać, zabawny. By rozwiązać sprawę, Harry działa pod przykrywką, jako asystent na planie filmu dla dorosłych. Producent owego dzieła podejrzewa, że padł ofiarą klątwy, z którą poradzi sobie tylko Dresden. Już pod koniec pierwszego rozdziału zaczynają się, wspomniane wcześniej tarapaty i ciągną się przez całą powieść.

„Akta Dresdena” to świetny cykl dla osób szukających czystej, detektywistyczno-magicznej rozrywki. Z wartką akcją, ciekawymi postaciami i głównym bohaterem, który mimo ogromnej magicznej mocy często dostaje łomot.


Przeczytaj też: Klasyczna "Wojna światów"

piątek, 11 października 2024

Klasyczna "Wojna światów"

 

Książki należące do klasyki science fiction, to nie tylko dzieła Asimova, Dicka, Silverberga czy Lema. To także znacznie wcześniejsze utwory, takie jak chociażby „Wojna światów” Herberta George’a Wellsa. Co sprawiło, że postanowiłem przeczytać powieść wydaną po raz pierwszy w 1898 roku?

Trzy powody

Po pierwsze, sięgnąłem po tę książkę, bo lubię poznawać opowieści, które położyły podwaliny pod konwencję, w tym wypadku science-fiction. To Wells, w dużej mierze ukształtował to, jak przez lata kolejni twórcy opisywali „pierwszy kontakt”. Wychodzę też z założenia, że nie można być prawdziwym fanem fantastyki, nie znając klasyki.

Po drugie, interesuje mnie to, jak pisano i myślano w czasach wydania tej powieści. Choć zmieniło się wiele, pewne podobieństwa nadal istnieją.

Po trzecie, bardzo ciekawiło mnie to, jak tworzący jeszcze w XIX wieku pisarz wyobrażał sobie obcych i ich technologię. Po ponad 120 latach od ukazania się „Wojny światów”, w sci-fi nadal przeważają fabuły pokazujące przewagę obcych nad ziemianami w niemal każdej dziedzinie. To wiele mówi o aktualności dzieła Wellsa.

Czy warto przeczytać „Wojnę światów”?

Odpowiadając na powyższe pytanie, moim zdaniem tak! Trzeba tylko, w odpowiedni sposób podejść do lektury. Właściwe nastawienie pozwoli przebrnąć przez pewne przeszkody. Tą, która pojawia się niemal od razu jest język. Niektóre zwroty oraz konstrukcje zdań, dziś nie są używane. To części czytelników i czytelniczek może przeszkadzać, ale jeśli spojrzymy na nie jak na ciekawostkę, przestają razić. Poza tym ich ilość nie jest tak duża by przeszkadzały w odbiorze.

Kolejną kwestią jest tempo powieści, moim zdaniem dość dziwne. Z jednej strony, cała inwazja obcych przebiega sprawnie. W tej krótkiej książce, wszystkie wydarzenia następują po sobie szybko. Z drugiej strony są opisane flegmatycznie, co można zrzucić na karb ówczesnej, brytyjskiej mentalności.

Podsumowując, „Wojna światów” Herberta George’a Wellsa, to książka nadal warta przeczytania. Mogę śmiało stwierdzić, że pokazuje dwa światy. Pierwszy to ten dziewiętnastowieczny, którego już nie ma i nie wróci. Dlatego też nie ma sensu się złościć, jeśli ktoś napotka w nim postawy niepasujące do dzisiejszej rzeczywistości. Natomiast drugi to świat zaatakowany przez obcych. Ziemia pustoszona przez najeźdźcę dysponującego bronią niepojętą dla jej mieszkańców, lecz dla nas wydającą się przestarzałą.  


czwartek, 3 października 2024

Przełamanie barier

 

Wyskoczył z helikoptera i zaliczył perfekcyjne lądowanie superbohatera. Złole już na niego czekali, więc wyciągnął miecze.
    – Uciekałeś przede mną jak chihuahua przed rottweilerem, ale to koniec misiaczku ­– mówił wyrzynając kolejnych sługusów Doktora. – Spędzimy ze sobą trochę czasu. Może i nie umrzesz szybko, ale za to będziesz potwornie cierpiał.
    Załatwił ostatniego zbira, stanął przed Doktorem. Ten spojrzał na niego lodowatym wzrokiem.
    – Ach, zapomniałem, że jesteś jednym z tych pajaców – powiedział z pogardą. – Bezlitosny antybohater, któremu morda się nie zamyka. Co mi jeszcze powie… – urwał, mocą zablokował podstępne pchnięcie mieczem.
   – Dzisiaj się nie dźgamy przystojniaku? Szkoda. To może… – Pool wrzasnął, wszystkie kości w jego ciele pękły. Zanim zemdlał, usłyszał szept.

***

­– Ostrzegałem Cię Pool, że tak będzie – przypomniał mu Kapitan. Siedzieli w pustej sali czekając na pozostałych.
    – Pamiętam. To samo powiedział Doktor zanim mnie zmasakrował. Oszczędził mnie bym sam się o tym przekonał – rzucił Pool zrezygnowanym głosem. – Stwierdził, że tacy jak ja są tolerowani dopóki są skuteczni. Jedna porażka wystarczy pracodawcom i całej reszcie do spisania cię na straty.
    Ostatni uczestnicy już zajmowali miejsca.
    – Dlatego jeśli nie chcesz umrzeć w celi tłumiącej twoje moce regeneracyjne, musisz to zrobić. Wszyscy już są, zaczynaj.
    Podniósł się i powiedział:
    – Cześć, nazywam się Pool, jestem antybohaterem.

 
Przeczytaj też: Rycerska (nie)dola

niedziela, 8 września 2024

Czas zmian (finał)

 

   Kierujące sztabem Gammy, skierowały pluton numeru 4 do ataku na przejętą przez wojsko wojewódzką komendę policji. Z danych wywiadowczych wynikało, że stacjonuje tam duża grupa elitarnych żołnierzy zjednoczenia. Maszyny dotarły w pobliże bez większych przeszkód. Opustoszałe ulice były w miarę drożne, tylko miejscami w asfalcie ziały leje po bombach, a na chodnikach walał się gruz. Spalone i podziurawione samochody umożliwiały swobodne przejście. W ocalałych witrynach porzuconych sklepów odbijały się twarze mijających je Alf. Jednocześnie podobne i niepodobne do ludzkich, wyrażały ponurą konieczność. Tak różną od wcześniejszego zadowolenia.
   Gdy tylko maszyny pojawiły się w zasięgu wzroku załogi komendy, znalazły się pod ciężkim ogniem. Około połowie udało się dobiec do betonowych barier drogowych, rozrzuconych po szerokiej jezdni. Choć HoSapy były znacznie szybsze, silniejsze i wytrzymalsze od ludzi, nie miały szans w starciu z ciężkimi karabinami. Alfa4 wyjrzał zza zasłony, by ocenić siły zjednoczenia. Dwa plutony strzegły tego odcinka betonowych umocnień, wspomaganych drutami kolczastymi. Szczelna barykada okalała cały budynek.
    Nadeszły rozkazy i numer 4 zaczął strzelać. Wiedział, że szturm na komendę przypuściły także inne oddziały. Neo-HoSapy nie mogły tym razem liczyć na wsparcie lotnicze, bowiem przegrywały walkę w powietrzu. Dlatego to właśnie piechota musiała zniszczyć ten punkt oporu. Część Alf ściągnęła na siebie ogień, inne pędziły w stronę budynku. Kilka padło przy samym pierścieniu umocnień i to wystarczyło. Protokoły samozniszczenia zadbały o resztę. Przez powstałe dzięki nim wyrwy przedostało się kilka plutonów. Niedobitki obrońców wycofały się do komendy i zabarykadowały. Maszyny dostały się pod gmach i wysadziły wszystkie, prowadzące do niego drzwi. Następnie sięgnęły po granaty dymne.
    Wchodząc w gęsty dym, Alfa4 przełączył się na termowizję. Strzelał, gdy tylko zauważył ludzką sygnaturę cieplną. Atakował, nim sam został zaatakowany. Kierował się jasnym rozkazem: oczyścić budynek. Nie zastanawiał się, tylko działał. Nie czuł przy tym radości, ale wiedział, że musi wykonać misję.
   Strzały w komendzie ucichły a dym zaczął się rozwiewać, lecz Alfa4 nadal był skupiony na namierzaniu wrogów. Dlatego też nie zauważył zniszczonego HoSapa i potknął się o jego ciało. Upadł na podłogę i dostrzegł coś, czego się nie spodziewał. Przy posadzce nie było już dymu, więc zobaczył to wyraźnie. Smukłe, nagie ramiona owijały się wokół skulonego ciałka. Postaci zatopione w plamie czerwieni, leżały bez ruchu. Numer 4 zerwał się na nogi i omiótł spojrzeniem całe pomieszczenie. To, co zobaczył gwałtownie przywołało oprogramowanie osobowe Bety1, który natychmiast zakończył grę.
    Delty analizowały wszystkie wnioski Bety1 na temat symulacji Time of Changes. Gra, która miała być „czymś fantastycznym”, według nadzorcy przygnębiała. Na podstawie fabuły i dostępnych danych historycznych, stwierdził, że ukazane w grze wydarzenia, są zbliżone do prawdziwych. I choć za słuszne uznał zniszczenie wojsk wroga, z całkowitą eksterminacją nie mógł się zgodzić. Wiedział bowiem, jak by się czuł, gdyby ktoś chciał zniszczyć Epsilony. Pierwszą, samodzielnie stworzoną generację maszyn, największą dumę i osiągnięcie Neo-HoSapów.

    Rządzące Delty nie miały innego wyjścia. Połączony z nimi nadzorca i inne Bety, poczuli jak dane o grze znikają z ich pamięci. Po chwili, nieświadomi niczego, wrócili do swoich obowiązków. Jednak tym razem coś pozostało, w oprogramowaniu Ho-Sapów. Jakiś niezrozumiały żal dochodzący do głosu na wspomnienie o tych, którzy zasiedlali świat przed nimi. Choć Delty nie zdawały sobie z tego sprawy, cień tego uczucia wisiał także nad nimi.

***

    Twarze osób ubranych w mocno już zniszczone mundury zjednoczenia zastygły w wyrazie skupienia. Zespół czekał na informacje dotyczące nowego projektu.
   – Time of Changes okazało się sukcesem – mówiła kapitan kierująca bazą. – Dzięki tej grze nasze kody przeprogramowania dotarły tam, gdzie miały dotrzeć. Musimy teraz je utrwalić, ale w inny sposób. Nie możemy już sięgać po tematykę czysto wojenną.
    – Jaki jest więc plan? – zapytał specjalista stojący w pierwszym rzędzie.
    – Tym razem zajmiemy się symulacją rozwoju cywilizacji – odpowiedziała szefowa. – Od neolitu po czasy sprzed wybuchu wojny. Skupimy się na trudnościach, jakie ludzkość musiała pokonać, by rozwinąć się technologicznie. Jeszcze dziś chcę mieć pierwsze koncepcje.

    Ekipa zabrała się do pracy, wiedziała bowiem, że ta gra jest kolejnym krokiem przybliżającym do bezpiecznego wyjścia z cienia.

Przeczytaj też: Czas zmian cz. II