Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przemyślenia. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 lipca 2025

Żenująco ale stabilnie

 


Mógłbym wiele napisać o tym, jak Netflixowy „Wiedźmin” zmasakrował cykl książek Andrzeja Sapkowskiego. W tym tekście nie będę jednak opowiadał, jak tragiczna jest to adaptacja. Chyba każdy, kto ją oglądał zdążył się już o tym przekonać. Dlatego zwracam uwagę na coś innego. W moim odczuciu, regularne profanowanie oryginału to nie jedyna porażka scenarzystów i producentów owego serialu.  Ich „popisy” mają jeszcze jeden, fatalny skutek.

Tragedia w 14 odsłonach

Co mam na myśli, pisząc o fatalnym skutku? Odpowiedź jest prosta. Netflixowy „Wiedźmin” jest tak zły, że wiele osób zaczęło za dobrą uważać polską adaptację. Nietrudno znaleźć w sieci opinie głoszące, że polski film z 2001 i serial z 2002 roku nie były takie złe. Można, o zgrozo, przeczytać, że są o niebo lepsze, od netflixowego potworka.
Otóż nie są!

Rodzime produkcje to takie same gnioty, a może i jeszcze gorsze! I nie jest to opinia, a fakt. Jeśli chodzi o scenariusz, masakrują materiał źródłowy z taką samą skutecznością. A do tego dochodzi szereg innych wad. Nie ma znaczenia, kiedy to było kręcone i z jakim budżetem. Jeśli producentów nie było stać, nie powinni w ogóle tego ruszać. I żaden „klimat” przywoływany w internetowych dyskusjach nie ratuje filmu i serialu. Bo go po prostu nie ma. Mamy do czynienia z tragedią w 14 aktach.

Scenariuszowa lista wstydu

Pierwszy odcinek polskiego serialu to same bzdury dotyczące dzieciństwa Geralta. Radosna, ale bardzo słaba twórczość scenarzysty. Związek z książkami? Żaden. W drugim epizodzie przechodzimy do szkolenia i nauki. Tu też same głupoty. Pierwsza z brzegu to oczywiście Vesemir pod postacią staruszka kapłana. Kapłana, nie wiedźmina! Dalej dowiadujemy się, że istnieje jakaś rada rządząca cechem. Jest kodeks i to nie wymyślony przez Geralta tylko realnie działający. A skoro kodeks, to i renegaci, których inni wiedźmini ścigają i zabijają. Czy to cała lista wstydu?

Absolutnie nie, ale żeby podać jej pełną wersję musiałbym pisać i pisać. Dlatego skupiam się na kilku przykładach roznoszenia na strzępy materiału źródłowego. Kolejnym z nich jest zrobienie z Falwicka, w książce epizodycznej postaci, wiedźminskiego renegata, naczelnego wroga Geralta. Pan rycerz Zakonu Białej Róży, naprawdę nazywający się Gwidon, każe zamordować Nenneke oraz kapłanki świątyni Melitele w Ellander. Cała dalsza fabuła kręci się wokół tego tematu. I, łagodnie pisząc, nie zachwyca.

Zło to zło…

Oczywiście są odcinki przedstawiające wydarzenia z opowiadań, często nawet dość wiernie. Ale tam gdzie historia się zgadza, pojawiają się tragiczne efekty specjalne i kostiumy potworów jak z Power Rangers. Najlepszy przykład, strzyga. Czy osoby piszące i mówiące, że polski „Wiedźmin” nie jest taki zły, zapomniały już o złotym smoku? O krasnoludach wyglądających jak postaci ze Śnieżki wystawianej przez szkolny teatrzyk czy elfach w poncho wyglądających jak przybysze z ameryki południowej.  Nie można zapominać o okropnej choreografii walk, zupełnie niepasującej do wiedźmina. Do tego dochodzi często drewniane aktorstwo. Technikali w filmie i serialu trzymają równy poziom, jest żenująco ale stabilnie.

Na koniec to, co uważam za najgorsze. To jak zniszczono postać Geralta. Najpierw jest kreowany na wiedźmina innego niż poprzedni, bardziej ludzkiego przez to nieakceptowanego przez własnych braci. Potem, przez większość serialu jest pierdołą, która ciągle użala się nad sobą. I ciągle gada o tym czy jest człowiekiem czy nie. Tragedia! Zatem polski aktorski „Wiedźmin” nie jest lepszy od amerykańskiego. Jest tak samo żałosny a miejscami jeszcze gorszy. Jeśli ktoś kazałby mi wskazać, na którą wersję postawić to odpowiadam słowami A. Sapkowskiego z tomu „Ostatnie życzenie” „…jeżeli mam wybierać pomiędzy jednym złem a drugim, to wolę nie wybierać wcale.”

Przeczytaj też: Oczywisty wynik

poniedziałek, 27 stycznia 2025

Ponure losy "Dzieci Hurina"

 


W literaturze fantasy nie brakuje postaci tragicznych. Takich, nad którymi od urodzenia wisi widmo nieuchronnej zguby. Przez całe życie starają się odmienić swój los, lecz ponoszą porażkę. Każda podjęta przez nie decyzja przybliża ponure przeznaczenie. Do tej grupy bez wątpienia należą bohaterowie „Dzieci Hurina”. Jakie wrażenie wywarły na mnie ich losy?

Dzieło dokończone po latach

J.R.R. Tolkiena nie muszę chyba przedstawiać. Jego nazwisko i literackie dokonania są dobrze znane, nawet poza środowiskiem miłośników fantastyki. Przechodząc więc do rzeczy, prace nad „Dziećmi Hurina”, twórca Śródziemia rozpoczął w 1918 roku. Przez lata rozbudowywał tę opowieść i wiele razy przepisywał. Nie udało mu się jej dokończyć. Pozostawił jednak szkice, notatki i luźne fragmenty owej historii z Dawnych Dni. Syn Mistrza Christopher wykorzystał te materiały i stworzył z nich spójną całość. Książka ukazała się na światowych rynkach w 2007 roku.

Akcja „Dzieci Hurina” rozgrywa się w Pierwszej Erze, tysiące lat przed wydarzeniami przedstawionymi w „Hobbicie” oraz „Władcy Pierścieni”. Są to czasy, w których Śródziemie rozrywa okrutna wojna. Elfy i ludzie zmagają się z Morgothem, Czarnym Władcą zwanym niegdyś Melkorem. Jest najgorszym z wrogów, należał bowiem do Valarów, potęg które ukształtowały świat, w którym przyszło żyć Dzieciom Iluvatara i krasnoludom. Po więcej informacji o Morgothcie odsyłam do „Silmarillionu”.

Tytuł książki precyzyjnie wskazuje, komu w opowieści przypadły najważniejsze role. Turinowi Turambarowi i Nienor. Są to dzieci Morweny i Hurina Thaliona, dumnego wojownika, który po klęsce w Bitwie Nieprzeliczonych Łez i wzięciu do niewoli nadal opiera się potędze Czarnego Władcy. Morgoth rzuca klątwę na rodzinę nieugiętego człowieka, a jego samego więzi na zboczu góry Thangorodrim. Od tej pory bliscy Hurina wiodą życie naznaczone cierpieniem.

Czy na pewno nieuchronna zguba?

Protagonistą „Dzieci Hurina” jest Turin, postać opierająca się jednoznacznej ocenie. W ciągu swego życia przechodzi drogę od bohatera do antybohatera i z powrotem. Jest twardym wojownikiem niestrudzenie zwalczającym siły Czarnego Władcy. Bywa impulsywny, dumny, uparty i okrutny. Potrafi zaskarbić sobie szacunek i przyjaźń, ale też brutalnie wyegzekwować posłuch. Ma ponure usposobienie ale umie kochać. Miejscami zyskiwał soją sympatię, ale częściej ją zdecydowanie tracił.

O czym opowiadają „Dzieci Hurina”? Odpowiedź na to pytanie, moim zdaniem, ma dwa oblicza. Można bowiem stwierdzić, że przedstawiają próby ucieczki przed losem narzuconym Turinowi i Nienor przez siłę, na którą nie mają wpływu. Zatem nie są w stanie, mimo wysiłków, zejść ze ścieżki prowadzącej do tragicznego końca. Ja jednak uważam, że jest to opowieść o złych, nieprzemyślanych decyzjach. Podejmowanych pod wpływem urażonej dumy i ślepego uporu a nie rozsądku. Natomiast ów zły los to tylko wymówka dla nierozważnych działań Turina i Nienor, mających tragiczne konsekwencje nie tylko dla nich, ale też ich bliskich.

Polskie wydanie II z 2008 roku zawiera wprowadzenie opisujące epokę, w której rozgrywa się akcja „Dzieci Hurina”. Dzięki temu osoby niezagłębiające się w mitologię Śródziemia, nie będą miały problemów z odnalezieniem się w opowieści. Książka zawiera także piękne ilustracje, słowniczek, mapkę i tablice genealogiczne. Moim zdaniem, zdecydowanie warto mieć ją na półce.

Przeczytaj też: Lekcja pokory

piątek, 29 listopada 2024

Wędrówka z "Czarną Kompanią"

 


Uważam, że nie da się zostać znawcą danego nurtu literackiego, bez znajomości jego najważniejszych dzieł. Dlatego też regularnie sięgam po książki z kanonu fantasy opracowanego przez Andrzeja Sapkowskiego i opublikowanego w „Rękopisie znalezionym w Smoczej Jaskini”. Na 46 pozycji owego zestawienia znajduje się cykl „Czarna Kompania” Glena Cooka.

Długa przygoda

Pierwszy tom cykl, pt. „Czarna Kompania”, ukazał się w 1984 roku. Obecnie seria liczy 11 książek, jak dotąd ostatnia z nich znalazła się na pólkach księgarń w 2018 roku. Wszystkie wyszły spod pióra Glena Cooka, byłego amerykańskiego żołnierza oraz wieloletniego pracownika koncernu General Motors. I rzecz jasna pisarza o dużym dorobku w dziedzinie fantasy i science fiction.

Poszczególne książki z cyklu „Czarna Kompania” są dostępne na rodzimym rynku antykwarycznym. Można, więc bez większych problemów kupić pierwszą część, przeczytać i zdecydować czy warto sięgać po kolejne. Natomiast na szybkie skompletowanie całości jest prosta metoda. Dom Wydawniczy Rebis zebrał całą serię w 5 tomach o tytułach „Kroniki Czarnej Kompanii”, „Księgi Południa”, „Powrót Czarnej Kompanii”, „Zagłada Czarnej Kompanii” oraz „Port Cieni”.

Do tej pory przeczytałem 8 części cyklu „Czarna Kompania” zawartych w 3 tomach zbiorczych. Czy jest coś, czym się wyróżniają? Tak, ich ważną cechą jest to, że przedstawiają wydarzenia z perspektywy zwykłych żołnierzy. Takie podejście stanowiło w latach 80. XX wieku przełom w literaturze fantasy. Bowiem autor odszedł od opisywania wyłącznie przygód wielkich magów czy wojowników. Sam był żołnierzem, co widać w treści jego książek.

Mrok i odcienie szarości

Tytułowa „Czarna Kompania” to oddział elitarnych najemników, służący temu, kto dobrze zapłaci. I nie musi być to szlachetna osoba. Żołnierze funkcjonują w mrocznym, bezlitosnym świecie. Dlatego też sami grają nieczysto. Korzystają z podstępów i iluzji, zastawiają zasadzki, a kiedy trzeba ruszają do bitwy. Oddział poznajemy, kiedy zgadza się podjąć służbę dla Pani, czarodziejki kierującej potężnym i okrutnym imperium. Śledzimy jego poczynania, kiedy zwalcza rebelię zagrażającą zleceniodawczyni. Jesteśmy z Kompanią, kiedy zmienia stronę konfliktu a potem stara się nie dopuścić do powrotu Dominatora, bezlitosnego męża Pani.

W kolejnych tomach towarzyszymy Kompanii podczas jej próby powrotu do miasta z, którego wyruszyła przed wiekami. I staraniach poznania swoich mrocznych korzeni. Autor zarysowuje wszystkie te wydarzenia surowym stylem. Nie ma tu barwnych opisów przyrody, szczegółowego przedstawienia historii świata, widowiskowych scen pojedynków czy błyskotliwych dialogów. Jest za to okrutny świat rozdzierany wojnami i starciami czarnoksiężników. Są twardzi, zaprawieni w bojach ludzie, bardzo do siebie podobni. Jednak jest to uzasadnione fabularnie, w końcu ich naturalnym środowiskiem jest mrok i odcienie szarości.

Jeśli chodzi o wady, moim zdaniem autor czasem gubi się w narracji. Wydaje się jakby w pewnych momentach tracił wątek i dopiero po kilku stronach do niego wracał. To zaburza płynność akcji. Poza tym niektóre rozwiązania fabularne nie przypadły mi do gustu. Na przykład ciągłe ścieranie się ze sobą dwóch czarowników z Kompanii. To zapewne miał być humorystyczny akcent, ale w moim odczuciu nie wyszedł najlepiej. Podsumowując, „Czarna Kompania”, nie jest może najwybitniejszym cyklem fantasy, ale z pewnością solidnym. Części, które przeczytałem do tej pory trzymały poziom. I dlatego spędziłem z Konowałem, Murgenem, Pupilką oraz Panią sporo czasu, i to jeszcze nie koniec tej przygody.


Przeczytaj też: "Trylogia Ciągu" - klasyka cyberpunka

czwartek, 14 listopada 2024

"Trylogia Ciągu" - klasyka cyberpunka

 


W 2015 roku, w serii „Artefakty” Wydawnictwa MAG ukazała się „Trylogia Ciągu” autorstwa amerykańskiego pisarza Williama Gibsona. Zwróciłem uwagę na tę książkę z dwóch powodów. Po pierwsze, lubię czytać klasykę s-f. Po drugie, interesuje mnie literacki cyberpunk i chciałem poznać jego początki. Jakie wrażenie wywarła na mnie ta trylogia?

Od czego się zaczęło?

W latach 80. XX wieku, na literacką scenę s-f wkroczył cyberpunk. Podobnie jak inne konwencje w fantastyce, nie powstał z dnia na dzień. Pewne koncepcje oraz rozwiązania fabularne i światotwórcze pojawiały się we wcześniejszych dziełach. Pisanych przez takich autorów jak Harlan Ellison, Wiliam Burrougs, Philip K. Dick. Jednak za pierwszy, pełnoprawny tekst tego nurtu uważane jest opowiadanie Bruce’a Bethke pt. „Cyberpunk” z 1983 roku. To w nim, pierwszy raz pojawia się słowo „cyberpunk” i wiele charakterystycznych elementów świata przedstawionego.

Jednakże to „Neuromancer”, pierwszy tom „Trylogii Ciągu”, wydany w 1984 roku, ugruntował pozycję nowego nurtu przyciągając wielu fanów. A wraz z nim kolejne części, „Graf Zero” i „Mona Liza Turbo” wydane odpowiednio w 1986 i 1988 roku. Dziś jest to kanon cyberpunka, coś co każdy miłośnik powinien znać. Na naszym rynku całość dostępna jest między innymi w wydaniu zbiorczym przygotowanym przez Wydawnictwo MAG. Natomiast trzy opowiadania ze świata Ciągu można znaleźć w książce pt. „Wypalić chrom”, również wydanej przez MAG. O niej opowiem w innym wpisie.

Skok na głęboką wodę

Co do zaoferowania ma „Trylogia Ciągu”? Wszystko to, co jest najważniejsze w cyberpunku. Mamy tu:

  • chciwe korporacje rządzące światem,
  • ogromne, przeludnione i zaśmiecone miasta,
  • mafię, wszechobecną przestępczość, rozkład moralny,
  • wszczepy (także bojowe), sztuczną inteligencję,
  • cyberprzestrzeń, przemierzających ją kowbojów i inne konstrukty.

Zanim wskażecie, że to ograny zestaw elementów przypomnijcie sobie poprzedni akapit. To od Bethke i Gibsona się zaczęło. To na nich wzorowali się kolejni twórcy.

„Neuromancer” opowiada o Casie, uzależnionym od narkotyków kowboju konsoli (czytaj hakerze). Byli pracodawcy uszkodzili jego system nerwowy, bo nie oddał wszystkiego, co dla nich ukradł.  Przez to nie może wchodzić do matrycy (cyberprzestrzeni). W zamian za obietnicę leczenia, przyjmuje niewykonalne zlecenie. „Graf Zero” to historia początkującego kowboja testującego tajemnicze oprogramowanie, skompromitowanej handlarki sztuką oraz najemnika. „Mona Liza Turbo” przedstawia nam córkę bosa Yakuzy, drobnego przestępcę Ślizga Henrego, gwiazdę symulacji oraz uzależnioną prostytutkę.

„Trylogia Ciągu” to mroczne, pesymistyczne historie. Fabuła jest, oczywiście według mnie, wciągająca. W pierwszym tomie skupia się na Casie. W kolejnych kluczy i przeplata wątki, ale robi to zgrabnie. Nie sposób się pogubić. Opisywana rzeczywistość jest przygnębiająca, ale jednocześnie fascynująca. Pokazuje jak technologia połączona z bogactwem demoralizuje jej użytkowników. Z chęcią poznawałem ten świat. Was też do tego zachęcam, ale początkujący fani cyberpunka muszą wiedzieć o jednym. Nikt z bohaterów czy bohaterek nie objaśnia zasad rządzących tym światem, nie tłumaczy technożargonu. Mamy tu do czynienia ze skokiem na głęboką wodę.  


Przeczytaj też: Mag-detektyw Harry Dresden

piątek, 18 października 2024

Mag-detektyw Harry Dresden

 


Lubię, co jakiś czas, wracać do cyklu „Akta Harry’ego Dresdena”. Jego pierwsza odsłona debiutowała na amerykańskim rynku w 2000 roku. W Polsce, od 2011 roku, ukazuje się za sprawą Wydawnictwa MAG. Co warto wiedzieć o tej magicznej serii?

Na kłopoty… Dresden

Przede wszystkim, w świecie wykreowanym przez Jima Butchera można zetknąć się z wilkołakami, wampirami, elfami, demonami i oczywiście magami. Cała ta menażeria żyje w Chicago, zazwyczaj niezauważana przez zwykłych śmiertelników. Czyli urban fantasy jak się patrzy. Podana w sposób, może nie innowacyjny, ale na pewno interesujący. A to już jest spora zaleta.

Harry Dresden to jedyny w mieście, wykwalifikowany mag-detektyw i jednocześnie narrator swoich przygód. Do tej pory przeczytałem siedem części serii. W zasadzie w każdej fabuła ma podobny przebieg. Harry przyjmuje zlecenie, zaczyna badać sprawę, niemal od razu wpada w poważne tarapaty i stara się z nich wygrzebać aż do ostatniego rozdziału. I bynajmniej nie jest to wada cyklu.

Mankamentem jest według mnie to, że na przestrzeni tych siedmiu części, Harry niespecjalnie się zmienił. Dalej popełnia te same błędy, dalej mamy opisy tego samego strachu podczas walki. A wydaje mi się, że po wielu sytuacjach, w których groziła mu śmierć powinien reagować spokojniej. Wyrobić sobie jakąś odporność psychiczną. Tak samo jak powinien uczyć się na błędach. To jednak tylko drobna wada. Może coś w tej materii zmieniło się w kolejnych tomach? Na pewno sprawdzę!

Technikalia

Opowieści o Dresdenie chce się czytać! Są napisane językiem przyjemnym w odbiorze, przez co czytelnik płynnie przechodzi przez wydarzenia. Akcji jest dużo, tempo szybkie, ale nie za szybkie. Chwile oddechu nie są za długie, zatem historia się nie dłuży. Trzeba też zwrócić uwagę na sporo niewymuszonego humoru. Wszystko to składa się na książki dostarczające solidną porcję rozrywki na wysokim poziomie. I to jest ich główne zadanie.

Wszystkie wspomniane elementy znajdują się w „Krwawych rytuałach”, czyli szóstym tomie cyklu. Już punkt wyjścia jest zwariowany, co tu dużo pisać, zabawny. By rozwiązać sprawę, Harry działa pod przykrywką, jako asystent na planie filmu dla dorosłych. Producent owego dzieła podejrzewa, że padł ofiarą klątwy, z którą poradzi sobie tylko Dresden. Już pod koniec pierwszego rozdziału zaczynają się, wspomniane wcześniej tarapaty i ciągną się przez całą powieść.

„Akta Dresdena” to świetny cykl dla osób szukających czystej, detektywistyczno-magicznej rozrywki. Z wartką akcją, ciekawymi postaciami i głównym bohaterem, który mimo ogromnej magicznej mocy często dostaje łomot.


Przeczytaj też: Klasyczna "Wojna światów"

piątek, 11 października 2024

Klasyczna "Wojna światów"

 

Książki należące do klasyki science fiction, to nie tylko dzieła Asimova, Dicka, Silverberga czy Lema. To także znacznie wcześniejsze utwory, takie jak chociażby „Wojna światów” Herberta George’a Wellsa. Co sprawiło, że postanowiłem przeczytać powieść wydaną po raz pierwszy w 1898 roku?

Trzy powody

Po pierwsze, sięgnąłem po tę książkę, bo lubię poznawać opowieści, które położyły podwaliny pod konwencję, w tym wypadku science-fiction. To Wells, w dużej mierze ukształtował to, jak przez lata kolejni twórcy opisywali „pierwszy kontakt”. Wychodzę też z założenia, że nie można być prawdziwym fanem fantastyki, nie znając klasyki.

Po drugie, interesuje mnie to, jak pisano i myślano w czasach wydania tej powieści. Choć zmieniło się wiele, pewne podobieństwa nadal istnieją.

Po trzecie, bardzo ciekawiło mnie to, jak tworzący jeszcze w XIX wieku pisarz wyobrażał sobie obcych i ich technologię. Po ponad 120 latach od ukazania się „Wojny światów”, w sci-fi nadal przeważają fabuły pokazujące przewagę obcych nad ziemianami w niemal każdej dziedzinie. To wiele mówi o aktualności dzieła Wellsa.

Czy warto przeczytać „Wojnę światów”?

Odpowiadając na powyższe pytanie, moim zdaniem tak! Trzeba tylko, w odpowiedni sposób podejść do lektury. Właściwe nastawienie pozwoli przebrnąć przez pewne przeszkody. Tą, która pojawia się niemal od razu jest język. Niektóre zwroty oraz konstrukcje zdań, dziś nie są używane. To części czytelników i czytelniczek może przeszkadzać, ale jeśli spojrzymy na nie jak na ciekawostkę, przestają razić. Poza tym ich ilość nie jest tak duża by przeszkadzały w odbiorze.

Kolejną kwestią jest tempo powieści, moim zdaniem dość dziwne. Z jednej strony, cała inwazja obcych przebiega sprawnie. W tej krótkiej książce, wszystkie wydarzenia następują po sobie szybko. Z drugiej strony są opisane flegmatycznie, co można zrzucić na karb ówczesnej, brytyjskiej mentalności.

Podsumowując, „Wojna światów” Herberta George’a Wellsa, to książka nadal warta przeczytania. Mogę śmiało stwierdzić, że pokazuje dwa światy. Pierwszy to ten dziewiętnastowieczny, którego już nie ma i nie wróci. Dlatego też nie ma sensu się złościć, jeśli ktoś napotka w nim postawy niepasujące do dzisiejszej rzeczywistości. Natomiast drugi to świat zaatakowany przez obcych. Ziemia pustoszona przez najeźdźcę dysponującego bronią niepojętą dla jej mieszkańców, lecz dla nas wydającą się przestarzałą.  


sobota, 27 kwietnia 2024

Znowu to samo


W sieci pojawiły się informacje, że w sierpniu ruszą prace nad Opowieściami z Narni od Netflixa. Ostatni film z tego cyklu, Podróż Wędrowca do Świtu, miał premierę 14 lat temu. Jak widać, coraz szybciej powstają te nowe wersje. I w moim odczuciu to nie jest pozytywna zmiana.

Pokazuje bowiem nastawienie twórców i wytwórni, chodzi im tylko o pieniądze. Bo przecież poprzednie filmy nawet nie zdążyły się zestarzeć. Do tego, są całkiem wiernymi adaptacjami. Przede wszystkim dlatego, że książki są krótkie i nie trzeba było wiele pomijać.

Po co próbować zrobić coś nowego, skoro widzowie łykną znowu to samo? Ehh, tu obie strony dokładają cegiełkę do kolejnej fali remaków. Smutne to, pokazuje, że chyba długo nie będziemy oglądać niczego świeżego. Mają przecież powstać nowe wersje Nieśmiertelnego, Niekończącej się opowieści, Czerwonej Sonji, Harrego Pottera i tak dalej. Oczywiście chodzi mi tu o kino czysto rozrywkowo-fantastyczne.

Mogę się jednak mylić. Narnijska seria nie została dokończona. Dlaczego decydenci filmowi sądzą, że tym razem wywołają zainteresowanie, skoro poprzednim nie było na tyle duże, by kontynuować cykl? Pierwsza cześć pewnie będzie oglądana, ale kolejne? Może ten skok na kasę się nie uda i ktoś w końcu da zielone światło innym projektom. Nieee, marne szanse. To raczej tylko moje myślenie życzeniowe.

Wywoływanie wilka z lasu

Zabawne są też komentarze. Film jeszcze nie wyszedł, a tu już się zaczęło. A to, że pewnie będzie inkluzywnie, a że LGBT, a że woke, a że zmienią płeć, a że nie będzie lwa tylko hiena itp. Widzowie najwyraźniej tego chcą skoro sami wywołują 🙂

Nasuwa się pewne pytanie. Czy na narzekaniu się skończy, czy jednak narzekacze to obejrzą? Pewnie to drugie. Tak jak to jest z Wiedźminem. W sieci oburzenie a w domu odpalają Netflixa żeby to oglądać. 

Poczekajmy z opiniami. Najlepiej oceniać coś, co się obejrzało. 

Przeczytaj też: Definicja

niedziela, 3 marca 2024

Podróż w świecie "Koła czasu"


 

W 2023 roku udało mi się przeczytać 25 książek. Oczywiście są osoby czytające więcej, jednak dla mnie jest to dobry wynik. Cieszę się z niego, i dlatego postanowiłem podzielić się z wami wrażeniami po owych lekturach. Pierwszą z nich było dzieło rozpoczynające czternastotomową sagę, drugą jego kontynuacja. Dlatego też, piszę o nich w jednym tekście.

Obroty koła dziejów

Wspomniana już książka to "Oko świata" (pierwszy raz wydana w 1990 roku) autorstwa Roberta Jordana, pierwszy tom serii fantasy "Koło Czasu" (ang. "The Wheel of Time"). Akcja toczy się w świecie, w którym rządzi magia, nazywana Jedyną Mocą. Jedną jej częścią bez przeszkód władają kobiety. Natomiast druga, używana przez mężczyzn, została skażona przez Czarnego. Jest on przeciwieństwem Stwórcy a jego cel to zniszczenie świata.

Głównym bohaterem książki jest Rand al'Thor, młody chłopak, zmuszony do ucieczki ze swojej wioski, kiedy została zaatakowana przez tajemniczego wroga. Od śmierci ocaliła go Moiraine Damodred, kobieta Przenosząca Moc, oraz jej Strażnik Al’Lan Mandragoran.

Wraz z dwoma przyjaciółmi - Matem i Perrinem - Rand wyrusza w niebezpieczną podróż, aby odkryć swoje przeznaczenie i stawić czoła nadchodzącej ciemności. "Oko świata" to historia pełna intryg, walki dobra ze złem, przyjaźni i miłości, a także kulturowych różnic i konfliktów.

Wrażenia z podróży po uniwersum

Punkt wyjścia powieści nie jest szczególnie oryginalny. Jednak klasyczny motyw wybrańca został osadzony w świecie bogatym w szczegóły, z licznymi postaciami i wątkami, rozwijanymi w kolejnych tomach. Zasady rządzące magią są ciekawie i klarownie przedstawione. Mitologia ma kilka mocnych punktów, jak chociażby ten, opisujący Lewsa Therina Telamona. Dawnego herosa, który starł się z Czarnym, za co zapłacił wysoką cenę. Interesujący jest wątek „Koła”, dzięki któremu wieki mijają i powracają.

Moim zdaniem, siłą „Oka świata” i jego kontynuacji, „Wielkiego polowania” są kobiety Aes Sedai, szkolone w Przenoszeniu Mocy w Białej Wieży w Tar Valon. Budzą powszechny strach i nienawiść, szczególnie wśród mężczyzn, którzy ośmielą się sięgać po skażoną Moc. Czarodziejki starają się utrzymać świat w całości. Udaje im się to, pomimo wewnętrznych podziałów i walki o władzę. W pierwszym tomie dowiadujemy się, że jednym z ich zadań jest tropienie mężczyzn sięgających po moc. Natomiast w drugim same padają ofiarą podobnych praktyk.

O postaciach słów kilka

Świat „Koła czasu” jest barwny i wiarygodny, przez co można dobrze się w nim poczuć. Fabuła jest sprawnie prowadzona, nie ma dziur logicznych. Język jest przystępny, technicznie wszystko gra.  Niestety, oczywiście moim zdaniem, tomy rozpoczynające cykl mają dwie zasadnicze wady. Pierwsza to protagonista Rand al'Thor i towarzyszące mu osoby, w szczególności Nynaeve al’Meara. Te postaci są tak irytujące, że wiele razy zdarzało mi się wręcz wściekać na ich idiotyczne zachowanie.

Nie potrafiłem się zaprzyjaźnić z Randem, a nie lubiąc głównego bohatera, nie mogłem w pełni czerpać przyjemności z lektury. W pierwszym tomie stale twierdzi, że Aes Sedai chcą go wykorzystać tylko nie wie do czego. Zapomina jednak, że jego wybawczyni dokładnie mu powiedział, jakie jest jego zadanie. Mimo jasnych dowodów posiadania Mocy, uparcie wypiera ten FAKT. Nie zamierza robić tego, czego chcą od niego Aes Sedai, ale jednak to robi. Skoro nie chce, to chyba nie powinien, czyż nie? Można go spokojnie nazwać stereotypowym nastolatkiem w okresie buntu. Myśli, że nikt go nie rozumie i cały świat jest głupi. Co ważne, w drugim tomie jego zachowanie nie ulega znaczącej zmianie.

Nynaeve al’Meara jest jeszcze gorzej napisana. To wiecznie naburmuszona, nieuprzejma, agresywna, zarówno słowem jak i czynem, młoda kobieta. Jest zawzięta, uparta i dumna, ale w najgorszej wersji tych cech. Na dodatek jest hipokrytką, o czym dowiadujemy się dość szybko. Jeśli według autora tak zachowuje się silna kobieta, to miał na ten temat mgliste pojęcie.

Trudna klasyka

Przed wyjazdem, Rand i Nynaeve całe życie mieszkali na wsi znajdującej się daleko od najważniejszych regionów kontynentu. Nie mają pojęcia o świecie i jego niebezpieczeństwach. Nie przeszkadza im to jednak kwestionować każdego słowa wypowiedzianego przez Moiraine Damodred, doświadczoną i wykształconą kobietę, która przemierzyła kawał świata. Owszem, z początku mogą jej nie ufać, ale Aes Sedai cały czas dostarcza im dowodów, że jej intencje są jasne. Nie zmienia to ich nastawienia.

 Drugą wadą „Oko świata” i „Wielkiego polowania” jest ich objętość, pierwszy tom liczy ponad 900 stron, drugi niemal tyle samo. Głównie, dlatego, że Robert Jordan miał tendencję do wodolejstwa. Woluminy zawierają zupełnie zbędne akapity czy całe rozdziały. Fabułę bez problemu można było zmieścić na 500 stronach. Podsumowując, książki rozpoczynające cykl „Koło czasu” to moim zdaniem świetny, wciągający świat, który poznajemy z postaciami, których nie da się lubić. Będę musiał się przełamać, żeby do niego wrócić. Zachęcam jednak do sięgnięcia po te dzieła, możecie przecież zachowanie postaci odbierać zupełnie inaczej niż ja.

Przeczytaj też: Krytyka tak, ignorancja nie

piątek, 6 października 2023

Krytyka tak, ignorancja nie

 


Jest kilka wskazówek pozwalających rozpoznać osoby nieznające się na fantastyce, lub ją lekceważące. A warto wiedzieć, że pomimo popularności gatunku, jest ich sporo. Krytykują ten nurt, niewiele wiedząc na jego temat. Czasem udaje im się zamaskować ową nieznajomość temat. Zdradzają się jednak, pewnymi stwierdzeniami.

Kiepska krytyka

Nietrudno natrafić na opinie rozsiewane przez osoby nieznające się na fantastyce. Wystarczy odwiedzić portal filmowy lub literacki i poczytać komentarze pod artykułami o dziełach zaliczanych do gatunku. Czasem i same artykuły są pisane przez takie osoby. Nietrafionych ocen jest jeszcze więcej w mediach społecznościowych. Kiepska krytyka częściej odnosi się do filmów, bo jednak przeczytanie książki wymaga więcej zaangażowania. Szczególnie od osób, które za fantastyką nie przepadają i jej nie rozumieją.

Skupiam się na fantasy, ale moje słowa odnoszą się też do science fiction czy horroru. Przechodząc do sedna, stwierdzenia, po których można rozpoznać kogoś, kto nie zna się na gatunku to:

  • „przecież to tylko fantasy”,
  • „przeszkadza Ci łamanie praw fizyki, ale smoki (lub inne magiczne stwory) są już ok?”,
  • „znowu jakieś głupoty o elfach”,
  • „nie rozumiem fenomenu…”.

Oczywiście takie komentarze miewają nieco inną formę, ale sens zawsze jest ten sam. Pierwszy z wymienionych szczerze mnie denerwuje. Dwa środkowe zwykle puszczam mimo uszu/oczu. Jeśli chodzi o ostatni, to nie każdy musi rozumieć fenomen. Albo też za mało wie by go zrozumieć.

Wartościowa literatura i kinematografia

Nie chcę zostać źle zrozumiany, nikomu nie każę lubić fantasy. Bo też nie jest to gatunek dla każdego. Można krytykować książkę czy film, ale konstruktywnie. Dobrze też zastanowić się czy źle oceniany motyw, faktycznie jest zły. Element, który jest standardem, dla laika może być wadą.  Gdy nie zna się tematu, łatwo wydać błędną ocenę. W takiej sytuacji osoba komentująca powinna skupić się na tym czy fabuła jej się podoba, a nie na ocenianiu świata, które nie rozumie. Chodzi mi rzecz jasna o obiektywnie dobre dzieła a nie jakieś gnioty, w których nic się nie zgadza.

Trzeba pamiętać, że wartościowa fantastyka to szereg precyzyjnie dobranych i pasujących do siebie elementów. Łamanie praw fizyki, które znamy wcale nie musi być błędem. W świecie przedstawianym przez danego autora mogą panować zupełnie inne prawa natury. Jeśli te są dobrze wyjaśnione, nie przedstawiają luk logicznych i działają w każdej sytuacji, a nie tylko wybiórczo, to nie można się ich czepiać. W takiej sytuacji smoki i inne fantastyczne zwierzęta nie stanowią problemu. Natomiast pod kątem fabuły, fantastyka niejednokrotnie poruszała, i nadal porusza, ważne tematy i analizuje realne problemy.

Magia, bogowie, różne rasy, potężne artefakty, wielcy bohaterowie stanowią pretekst do powiedzenia o czymś istotniejszym. Często też ten gatunek zapewnia po prostu świetną rozrywkę, pozwala poczuć się swojsko w nierealnym świecie.  I to też jest jego ogromna wartość. Dlatego też konstruktywnej krytyce mówię tak, ale ignorancji i lekceważeniu stanowcze nie.

Przeczytaj też: "Obiektywnie dobra książka"

niedziela, 1 października 2023

Obiektywnie dobra książka

 


Przeglądając różne portale internetowe, kilkukrotnie natknąłem się na tezę, że nie można obiektywnie stwierdzić czy dana książka jest dobra, czy też nie. Dlatego, że ocena zależy od gustu czytelnika bądź czytelniczki. Pisanie to, bowiem sztuka, a ta jest subiektywna. Uważam takie założenie za błędne a poniżej wskazuję, dlaczego.

Spór o „Wiedźmina”

Niedawno posprzeczałem się z kolegą na temat „Sagi o wiedźminie”. Znajomy stwierdził, że nie lubi tych książek, bo to łopatologia napisana w stylu trudnym do czytania. Z tego powodu poddał się przy pierwszej części. Dodał, że to tylko jego zdanie, ale niewiele to pomogło. Takie słowa, jak ulał pasują do wspomnianej już tezy o subiektywności sztuki.

Nie doszliśmy z kolegą do porozumienia w kwestii Geralta i spółki, bo ja sagę cenię bardzo wysoko. Zarówno, jeśli chodzi o fabułę, jak i styl. Cóż, przecież nie pierwszy raz, ktoś uważa książki cieszące się świetnymi opiniami za słabe. To samo dotyczy komiksów, seriali, filmów itp. Pewnie zdarzyło się wam, tak jak i mnie, słyszeć lub czytać zwrot „nie rozumiem fenomenu…”. Powtarzająca się, wyraźna różnica zdań skłoniła mnie do pewnych przemyśleń.

Opinia to nie fakt

Czy rzeczywiście nie sposób obiektywnie stwierdzić czy książka jest dobra czy zła? Otóż oczywiście, że można ocenić jakość powieści lub zbioru opowiadań! O klasie utworu decyduje warsztat. Każdy pisarz, mniej lub bardziej sprawnie, korzysta ze sposobów opowiadania historii rozwijanych od wieków. Zatem książka fantasy, czy inna przedstawicielka beletrystyki, zawiera:

  • fabułę, narrację, dialogi,
  • charakterystykę postaci,
  • konstrukcję świata przedstawionego,
  • opisy przyrody, budynków, przedmiotów etc.,
  • opisy wydarzeń.

Rzecz jasna, niezwykle ważna jest bezbłędna ortografia, gramatyka i interpunkcja.

Jeżeli wszystkie kwestie techniczne są wykonane zgodnie z warsztatem pisarskim, to książka jest dobra! Ma logiczną fabułę bez luk, odpowiednie tempo, wiarygodnych bohaterów i tak dalej. I jest to w pełni obiektywna ocena. Subiektywne są natomiast tylko i wyłącznie odczucia czytelniczki lub czytelnika. Tu zaznaczam wyraźnie, żeby nie było niedomówień, dzieło nie musi się podobać danej osobie, pomimo tego, że powstało zgodnie ze sztuką.

Nikt nie może jednak mówić, o książce spełniającej wszystkie obiektywne kryteria jakości, że jest źle napisana, nudna czy łopatologiczna. A tak się niestety dzieje. Wiele osób myśli, że ich zdanie jest jedynym słusznym, a to w rzeczywistości tylko subiektywne odczucia. Dlatego zawsze trzeba pamiętać, że opinia to nie to samo, co fakt. Warto też trzeźwo szacować własne możliwości. Bo nie każdy ma dostateczną wiedzę by obiektywnie ocenić powieść czy opowiadania.  

Przeczytaj też: "Dlaczego nie lubię "Wiedźmina" i innych adaptacji?"

piątek, 11 lutego 2022

Zła wróżba

 



foto. Ben Rothstein/Amazon Studios/Vanity Fair

Pierwsze zdjęcia z nadchodzącego serialu Amazona. Mi bardziej kojarzą się z filmowym Hobbitem niż Władcą, niemniej są obiecujące. Jednakże nie o zdjęciach piszę.

Według artykułu, showrunnerzy serialu twierdzą, że "jest to historia o powstaniu Pierścieni Władzy, czyli o tym, co fani książek znają jedynie z ogólnego przypisu czy krótkiego wstępu z filmu...". Jeśli rzeczywiście tak stwierdzili to są w błędzie. Historia powstania Pierścieni jest opisana w całym rozdziale w Silmarillionie. Jego tytuł to "Pierścienie Władzy i Trzecia Era".

Rozdział nie jest długi, nie musiał być z prostego powodu. Najważniejsza cześć opowieści o Jedynym Pierścieniu rozgrywa się w trylogii. Czy, współpracująca z producentami, znawczyni twórczości Tolkiena o tym nie wie? Przecież to nie jest jakaś tajemna wiedza. Taki błąd nie wróży niczego dobrego. Oczywiście, jeśli wspomniane stwierdzenie padło.

niedziela, 23 stycznia 2022

Dlaczego nie lubię „Wiedźmina” i innych adaptacji?

Premiera drugiego sezonu „Wiedźmina” skłoniła mnie do pewnych przemyśleń. Wielu osobom, także mnie, nie podoba się ten serial. Często wskazujemy na niezgodność z książką. Kiedy wysuwamy ten argument jesteśmy krytykowani przez fanów i fanki produkcji Netflixa. Twierdzących, że duże zmiany to nic złego a w ogóle to takie narzekania są bez sensu. Otóż porównywanie serialu z książką ma sporo sensu i poniżej wyjaśnię Wam, dlaczego tak twierdzę.

Niezadowolenie to nie ból tylnej części ciała

Przenoszenie książek na ekran to praktyka stosowana niemalże od początku kina. Tak samo długa jest tradycja wskazywania niezgodności filmu względem pierwowzoru. Najnowszy „Wiedźmin” niewiele ma wspólnego z prozą Sapkowskiego. Lecz kiedy o tym wspominamy zaraz odzywają się fani serialu. Ich odpowiedzi na nasze narzekania przybierają następującą formę:

  • nie da się nakręcić wszystkich wątków z książki,
  • dobrze, że tak zrobili, bo mamy coś nowego a nie tę samą historię,
  • takie zmiany były potrzebne by dotrzeć do szerokiej widowni,
  • to jest interpretacja twórców a oni mają prawo zmieniać oryginalną fabułę.

Często wręcz odmawiane jest nam prawo do krytyki „Wiedźmina”. Fanom serialu się to nie spodoba ale własne zdanie to nie ból dupy.

Oczywiście nie każdy jest miłośnikiem książek czy gier o Geralcie. Są osoby, które obejrzały serial bez znajomości źródła, jednym się podoba, innym nie i te grupy też spierają się między sobą. W tym przypadku obrońcy również starają się odebrać niezadowolonym prawo do krytyki. Mocno się z tym nie zgadzam, bo skoro ktoś płaci za subskrypcję i finansuje Netflixa to ma prawo wymagać wysokiej jakości. A kiedy jej nie dostaje to może narzekać, proste. Wracając do odpowiedzi na krytykę, powtarzają się przy okazji każdej premiery ekranizacji prozy. Niejednokrotnie reagowałem na nie w rozmowach ze znajomymi. Teraz tę polemikę przedstawiam i Wam. Pamiętajcie, że nie są to prawdy objawione tylko moje przemyślenia. Swego rodzaju zaproszenie do dyskusji.

Dlaczego nie lubię adaptacji prozy?

Odpowiedź na pytanie z nagłówka jest prosta. Ja, i pewnie wielu fanów i fanek dowolnych książek, przywiązuję się do ulubionych bohaterów i historii. Przeżywam przygody i angażuję się emocjonalnie. Kiedy widzę, że wszystko, co mi się podobało zostało pozmieniane zwyczajnie się wkurzam. Tylko tyle i aż tyle. W tym miejscu pojawia się pierwszy punkt z powyższej listy, „nie da się nakręcić wszystkich wątków z książki”. Czy naprawdę w XXI wieku jest coś, czego nie da się nakręcić? W serialu, który ma 8-10 odcinków? Wszystko się da nakręcić, potrzebni są tylko dobrzy scenarzyści i chęci. Nawet same dialogi można pięknie pokazać, „Nienawistna ósemka” lubi to. Książkowe wstępy, przygotowania do wyprawy, opisy przyrody? Od czego są sceny otwierające, narratorzy, napisy, cięcia.

Winę za moją niechęć do adaptacji ponoszą także studia wykładające pieniądze i ekipy realizujące projekty. Dlatego, że ich przedstawiciele zazwyczaj wypowiadają podobne słowa:

  • szanujemy twórczość autor XYZ(albo jesteśmy jej wielkimi fanami),
  • będziemy starać się trzymać wizji autora,
  • książkowa fabuła zawsze jest dla nas bardzo ważna.

Zapewnienia kończą się wraz z premierą pierwszego sezonu kiedy to wychodzą jakieś „twórcze rozwijania fabuły”, „kreatywne zmiany”, „uwspółcześniania”. Szkoda tylko, że na ogół są to zmiany na gorsze. Ba, w przypadku „Wiedźmina” mamy jeszcze spłycanie opowieści. I jak mam się nie denerwować skoro jestem ewidentnie oszukiwany. A na dodatek produkcja serwuje mi papkę lekko tylko zabarwioną klimatem opowiadań i powieści.

Teraz mogę odpowiedzieć na kolejne dwa przytyki w stronę krytykujących ekranizacje. Chodzi o „to jest interpretacja twórców a oni mają prawo zmieniać oryginalną fabułę” i „dobrze, że tak zrobili, bo mamy coś nowego a nie tę samą historię”. Uważam, że tworzenie ekranizacji książki nie jest odpowiednią okazją na popisy scenarzystów i showrunnerek. Jeśli chcą przekazać swoje poglądy i pomysły to niech zrobią coś autorskiego a nie podpinają się pod cudze osiągnięcia. Jeśli dzieło można rozumieć na różne sposoby to niech nie raczą nas swoją interpretacją tylko pokażą je bez zmian fabuły. Wtedy pozwolą nam interpretować je tak jak chcemy. Czy nie lepiej stworzyć nową historię w danym uniwersum, tak jak zrobił CD Projekt Red, a nie zmieniać tę, którą kochają tysiące osób?

Serial rozszerzający dane uniwersum obejrzy każdy miłośnik książek. Trafi również do osób nieznających pierwowzoru i może skłoni je do sięgnięcia po literaturę. Na pewno będzie zachęcał powiązaniem ze znaną marką. Na koniec muszę dodać, że w stosunku do filmów jestem nieco bardziej wyrozumiały. W 2-3 godzinach ciężko jest zmieścić książkę. No chyba, że jest krótka jak „Opowieści z Narni”, które były bardzo wiernie oddane. Długie dzieła wymagają skrótów, ale zrobionych tak by nie zmieniać rdzenia historii. I tu cały na szaro lub biało wchodzi Gandalf z resztą ekipy od pierścienia. Innym sposobem są dwa filmy jak chociażby „Harry Potter i Insygnia Śmierci”. Te produkcje w odróżnieniu od części od 3 do 6 nieźle trzymały się książki.

Przeczytaj też "Piękny język"


poniedziałek, 17 lipca 2017

Piękny język


Dzisiejszy wpis jest inny niż poprzednie, bardzo możliwe, że stanie się początkiem całego cyklu. To się jeszcze okaże, teraz przechodzę do konkretów. Niedawno przeczytałem książkę, która wywarła na mnie ogromne wrażenia. Co ciekawe nie jest to fantastyka, tak sięgam od czasu do czasu po coś innego.

Tym razem była to książka pod tytułem „Pypcie na języku” autorstwa Michała Rusinka. Jest to zbiór felietonów opisujących ciekawe zjawiska językowe. Autor w przezabawny sposób analizuje powszechnie używane frazy, niefortunnie użyte zwroty czy na przykład hasła na transparentach.
W trakcie czytania dowiedziałem się, że fraza „na dzień dzisiejszy”, która szczególnie mnie irytowała faktycznie nie jest poprawna i powinna zostać zapomniana. Bardzo ucieszyłem się, że przez cały czas miałem rację. Interesującym przykładem jest też słowo „posiadać”, używane często nie tak jak powinno. Posiada się tylko przedmioty a nie wiedzę, umiejętności czy doświadczenie. W książce można znaleźć wiele podobnych przykładów opatrzonych inteligentnymi i zabawnymi komentarzami. Nauka i dobra zabawa w jednym.

Piękny język
„Pypcie na języku” podobają mi się z dwóch powodów. Pierwszy z nich jest bardzo prosty, uwielbiam poprawiać innych, gdy powiedzą coś nie tak jak powinni. Teraz dostałem nową broń do ręki, co ułatwia zadanie. Czerpię z niego dziką przyjemność, choć gdy sam zostanę poprawiony to udaję, że się przejęzyczyłem.
Tak na poważnie, język polski jest piękny i według mnie w poprawności tkwi jego urok. Po przeczytaniu tej książki utwierdziłem się w tym przekonaniu. Dlatego też zwroty „cofnąć się do tyłu”, „fakty autentyczne” czy „spadł na dół” wystarczy zamienić na „cofnąć się”, „fakty”, „spadł”. Jest prościej, ale za to o wiele ładniej. Nikt też nie narazi się na docinkę od kogoś takiego jak ja, która może wyglądać następująco:
- I wtedy cofnął się do tyłu – powiedział Tomek.
- O to ciekawe, nie wiedziałem, że można cofać się też do przodu – odparł Krzysiek.
Drugi powód, który skłonił mnie do napisania swoich przemyśleń o książce „Pypcie na języku” to fakt, że sam piszę różne teksty i poprawność jest wymagana. Po lekturze nauczyłem się wiele, okazało się też, że sam popełniałem błędy. Co w zasadzie było oczywiste, ale jakoś nie chciałem tego zauważyć. Kończąc wywód, polecam książkę każdemu, kto posługuje się językiem polskim. Dodam jeszcze, że od niedawna Michał Rusinek jest dla mnie, pisząc kolokwialnie „mistrzem świata”.